marilla

It's my life and it's now or never. Said enough.

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Wzięłam się w garść. Znaczy, cały czas miałam masę roboty, teraz nade mną wisi nauka (angielski, wiem o tobie, twoje pięćset słówek tylko czeka na solidną powtórkę!), ale jest lepiej. Odzyskałam może trochę wiary, i mam wrażenie, że po każdej takiej "załamce" odnośnie planowania mojej przyszłości wstaję z większą dawką realizmu.
Bardzo mi to będzie potrzebne.
Urządziłam też urodziny, i chyba wyszły naprawdę nieźle. Zapieprzałam przez dwa dni, żeby wszystko posprzątać, ugotować, upiec i popodłączać, ale ludzie, mam wrażenie, bawili się dobrze. Alkoholu wypiliśmy dużo, ale nie za dużo, znaczy najlepiej.
Pewnie jak pójdę do szkoły to znowu będę narzekać. Ale już naprawdę jest cholernie późno i mam dosyć. I gorąco jest.
W przyszłym tygodniu na treningu mam egzamin. Muszę posprawdzać trochę słownictwa, ogarnąć co i jak, zrobić generalną powtórkę.
O, a na jazdach miałam ostatnio tak nieprzyjemną sytuację, że przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystko w diabły, wysiąść i wrócić do domu na piechotę. Dopiero instruktorka mi wyjaśniła, że to inny uczestnik ruchu był w błędzie. Rodzice potem dodali, że dopiero się uczę (naprawdę nie wyjeździłam jeszcze dużo...) i że to nie moja wina. To mi było potrzebne, bo instruktorka jest dość oziębła, mało mówi, wytyka błędy w krótkich słowach ("sprzęgło za nisko", "ścięłaś zakręt", "za wolno") i nie wchodzi w żadne inne rozważania.

14.06.2015 o godz. 15:46
Mam dosłownie dziesięć minut na wrzucenie tej notki, i idę poślęczeć chwilę nad matmą, a potem na trening.
Zawsze mam tak, że wszystko zwala się na dwa-trzy dni w tygodniu, a w pozostałe mam luz. Teraz też: wtorek-środa-czwartek nie będę w stanie odetchnąć, potem piątek-sobota - pół niedzieli w sumie to samo, ale przyjemniej. Nie mam czasu ani sił na nic, zapieprzam żeby wszystko było zrobione i odrobione.
Przyjaciółka powiedziała mi ostatnio coś, co mną wstrząsnęło. Wspominałyśmy bardzo dawny, niewinny żart na mój temat, wyolbrzymiający moje zainteresowanie sztukami walki, ot, uwagę, którą rzucił kiedyś zainteresowany mną chłopak (biedaczek, kiedy mnie bliżej poznał, uznał, że jestem zbyt energiczna, "męska" i twarda, żeby ze mną być; najśmieszniejsze, że mi się nie podobał, więc nie ubodła mnie ta uwaga ani odrobinę) a którą wspólnie przekułyśmy w żart.
Ale wtedy ona powiedziała coś, co zaparło mi dech w piersiach. Absolutnie poważnie oznajmiła, że prawdopodobnie zrobię jej sporą krzywdę w najbliższym czasie (chodziło jej o konkretną sytuację i konkretną krzywdę). Było to tak obrzydliwe, poniżające i straszne, że nie umiałam wtedy właściwie zareagować. Rozumiecie to? Powiedzielibyście osobie, którą znacie od pięciu lat, przyjaźnicie się i tak dalej, że sądzicie, że zrobi Wam ona krzywdę?
Żeby od razu zdementować wszelakie podejrzenia: nigdy nie zrobiłam niczego podobnego do zasugerowanego przez nią czynu, nigdy o tym nie myślałam, nie mówiłam, nie dałam jej tego do zrozumienia. Nie jestem nawet typem, który coś takiego by zrobił!
Oczywiście się obraziłam, wyjaśniłam o co chodzi, chociaż nie potrafię zrozumieć, że ona tego nie rozumie. Jak coś takiego może po prostu wyfrunąć z ust, jak można to potem olać? Przeprosiła, chociaż bez przekonania (podkreślając wielokrotnie, że nie chce kłótni ze mną; samego zdania się wyparła, zwaliła na kogoś innego, wreszcie przestała o nim wspominać), ot, dla świętego spokoju, a ja nie mogę przestać o tym myśleć. Jak można?!
Powinno się wybaczać. Doskonale o tym wiem, chociaż do kościoła katolickiego i ich doktryny mi daleko. O ile jednak pamiętam dobrze, skrucha też jest ceniona.
Sama nie wiem, co z tym zrobić. Mam ochotę nią potrząsnąć. Najbardziej denerwuje mnie jej postawa, bo ona kreuje się na idealną altruistkę, która by na zawołanie wycięła sobie nerkę i zakrwawioną, świeżutką i ciepłą podała bliźniemu, a w gruncie rzeczy jest bardzo samolubna. Nie mówię, że ja nie, bo ja też, ale ja nie tworzę tej powłoczki dobrej samarytanki (samarytanina? nie powinno się tego odmieniać!) i nie udaję świętszej od papieża. A ona tak.
A potem wyskakuje z takim tekstem.


Dziś bez zdjęcia, bo brakuje mi pomysłu, jak to zilustrować.
09.06.2015 o godz. 18:59
Potrzebuję przerwy. Muszę pomyśleć, odpocząć. Nawet nie chodzi o to, że w szkole cisną - bo bez przesady - ale wiecznie coś nade mną wisi i nie mam już naprawdę sił o tym wszystkim pamiętać. Zwykłe zmęczenie materiału, nic więcej. Potrzebuję totalnego oczyszczenia.
Poznaję to po co najmniej kilku rzeczach: na przykład nie mogę niczego planować. Jestem zmęczona, wiecznie niewyspana, na myśl o planowaniu przyszłości dostaję drgawek i wszystko jest dla mnie bez sensu. Kurczowo trzymam się myśli, że to ma sens, a ja tylko jestem wyczerpana. Po drugie: wczoraj byłam na imprezie i trochę mnie poniosło. Nie bardzo, jak na standardy mojej klasy wciąż było to zachowawcze, ale jak na mnie... Nie zdarza mi się pić aż tyle, nie mieszam piwa z wódką i nie palę w ogóle (nie wspominając o kilku papierosach pod rząd...). Wiem, że to zmęczenie i wiem, że próbuję się zresetować, ale nie wychodzi, do cholery.
Zastanawiam się, czy jutro nie zrezygnować ze szkoły i nie pojechać gdzieś do parku... Z drugiej strony będę czuła się tam źle sama, więc to chyba nie ma sensu, dojadę i zatęsknię za domem, łóżkiem i książką.
Nie wiem, co ze sobą zrobić. To już jest ostatnia cholerna prosta i naprawdę muszę ją ukończyć możliwie dobrze.
Zdecydowałam się w końcu urządzić urodziny, i w sumie nie wiem już, czy żałuję, czy nie. Po tej wczorajszej imprezie (w połowicznie takim samym składzie jak będzie u mnie) jestem zachęcona, bo było naprawdę fajnie; z drugiej strony to też jest spory wysiłek i w ogóle. Sama nie wiem, to takie nie w moim stylu, ale uznałam, że to na tyle znaczące urodziny, że powinnam zrobić. No to robię. Przy okazji zrozumiałam, jak mało osób ze swojego otoczenia lubię. Może inaczej: lubię wiele osób, ale nie każdego chcę widzieć z własnej woli. Popieprzona logika...
Szkoda mi jutrzejszego dnia na szkołę, bo znowu nic nie zrobimy, posiedzę i popatrzę na nauczycieli, którym też się już nie chce, którzy wykładają z coraz większym wysiłkiem, sprawdzają prace domowe, zapowiadają jeszcze sprawdziany, ale oczy im uciekają na okna, za okna.
Ćwiczyłam dzisiaj z tatą jazdę samochodem na podwórku. Miejsca minimalnie, ale ruszanie i hamowanie dało się robić, a głównie to muszę poćwiczyć, bo robię to zbyt gwałtownie. Ostatnio na jazdach się wykazałam: samochód zgasł mi w tunelu. Tunel miał cholerne kilka metrów, ale oczywiście akurat tam zdusiłam silnik. Brawo, Marilla. Instruktorka najpierw zaczęła mi wyliczać błędy, ale jak zobaczyła, jak się przejęłam, powiedziała, że na czwartej godzinie nauki to normalka. Niestety, tak, jak sądziłam, raczej nie mam cudownego, magicznego i nadnaturalnego talentu do prowadzenia samochodu :) Wciąż liczę, że do czegoś taki cudowny talent mam! Może ujawni się później, jak już opanuję to wszystko co opanować muszę...

07.06.2015 o godz. 21:17
Takiej schizy jeszcze nie miałam. Siedziałam sobie i nagle wybuchnęłam płaczem, aż mi łzy wszędzie pociekły, zrobiłam się czerwona i opuchnięta jak pobity hipopotam.
Znam powody. Znam wszystkie pieprzone powody. Spotkałam dzisiaj studentkę medycyny i uświadomiłam sobie, że nigdy nie będę studiować tego co ona (bo nie mam czasu na chemię i nie będę jej zdawać na maturze); bo powiedziano mi, jak bardzo do tylu jestem z biologią (a to jedyny przedmiot maturalny który autentycznie sprawia mi radość); bo kiedy stałam z koleżanką podszedł do niej młody nieznajomy chłopak i powiedział "ale jesteś ładna" nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem (ok, to akurat ma swoje wytłumaczenie: ona była jaskrawo i wyzywająco ubrana oraz umalowana, ja miałam na sobie czarny płaszczyk, ale i tak zabolało). Bo wszystko, ze mną na czele, jest tak cholernie nie w porządku i nic nie umiem zrobić od początku do końca dobrze, zawsze gdzieś po drodze pojawia się jakiś fuck up. A wiecie, co jest najgorsze? Że ja kurwa wkładam w każdą rzecz całą siebie, całe swoje durne serce i potem mnie wszystko boli. I ja wiem, że to się da zrobić mniejszym nakładem, ale nie umiem. Więc płaczę. I płaczę podwójnie, bo wiem, że to hormony mną trzepią.
Znowu strasznie potrzebuję bycia samą, ale tym razem właściwie nie zmieniłoby to bardziej sytuacji, bo z ludźmi się tylko mijam. Zamieniamy nieistotne słowa ("ostatni odcinek Gry o Tron? trening we wtorek? masz moje notatki?") i nic więcej. Nie ma niczego więcej i to mnie boli najbardziej i najmocniej.
Nie powinnam pisać notek, kiedy płaczę, bo to głupie, złe i płytkie. Robi się ze mnie trzynastoletnie emo z grzywką na bok i żyletką na profilowym.
Z dobrych rzeczy: niesamowicie poprawiłam swoje oceny z włoskiego. I wyszłam dzisiaj biegać. Wprawdzie mogłam to wcześniej przemyśleć, bo zaczęłam biegać zapomniawszy, że bardzo mało dzisiaj zjadłam (nie miałam czasu w ogóle) i zrobiło mi się trochę niedobrze. Potem było mi jeszcze gorzej, kiedy wróciłam i coś zjadłam, ale już przeszło. Okropny nieregularny cykl jedzenia, ale się poprawię.

Miałam nie wrzucać tej notki, ale właściwie to mi wszystko jedno.
22.05.2015 o godz. 21:45
Drugi dzień dodatkowego wolnego, a ja nie zrobiłam nic ciekawego. To znaczy nadrobiłam treningi (bardzo jestem z siebie dumna) i zapisałam się na kurs. I obejrzałam "Bogów", to znaczy film, na który miałam ochotę od dawna, ale nie miałam kiedy go obejrzeć. W sumie nie był dla mnie przełomowy, ale uznałam postać Religi za fascynującą. Podobało mi się.
Posiedziałam też trochę na stronach uniwersytetów angielskich, i w sumie nareszcie określiłam, o co mi chodzi, wypisałam sobie kilka interesujących. Jeszcze nie wszystko ogarniam i w sumie to jedna szalona wielka niewiadoma, ale chyba warto się zainteresować. Najwyżej nic z tego nie wyjdzie.
Ale mam jeszcze kilka rzeczy do nauki. Muszę się tym zająć jutro. No i zauważyłam śmieszną rzecz: unikam ważnych decyzji. Takich życiowych. Typu właśnie rozmowa o uniwersytecie, kurs na prawko, matura. Kiedyś mogłam na ten temat teoretyzować jak głupia, teraz na jakieś pytanie, cokolwiek, dostaję drgawek. Im bliżej, tym gorzej. Wcale nie czuję się dorosła czy dojrzała.
Za chwilę znowu wychodzę - do pracy na treningi i na mój własny też.

05.05.2015 o godz. 17:03
Cały tydzień byłam jakaś osowiała, miałam opóźnione reakcje i ciągle chciałam spać. Nie wiem, dlaczego, ale nawet wygięcie ust w uśmiechu było strasznie trudne, a wejście w interakcje z ludźmi prawie niemożliwe. W piątek trzy dziewczyny wyciągnęły mnie na lody i odrobinę się przecknęłam. Potem pomógł mi też trening. To nie zabrzmi dobrze, ale poczułam się naprawdę żywa kiedy dostałam parę razy porządny cios i kolega mnie poddusił. Dopiero wtedy obudziła się we mnie jakaś determinacja.
Pewnie było mi to potrzebne, nie wiem. Za to jestem absolutnie zachwycona przepiękną pogodą, jaką teraz mamy. Nawet nie poczułam, jak strasznie stęskniłam się za balerinkami i cieniutkim płaszczykiem... Dopiero kiedy się ubrałam w coś innego niż gruby płaszcz i buty za kostkę zrozumiałam, jak strasznie było mi brak ciepłej pogody. Jeśli znajdę chwilę, wyjdę dzisiaj na zewnątrz postrzelać z łuku. Całą zimę nie miałam jak strzelać, bo nauczycielka, do której sporadycznie chodzę, nie udzielała lekcji, a to jedyne dla mnie miejsce, w którym mogę postrzelać w pomieszczeniu. Nie mam innego dostępu do pomieszczenia dostatecznie dużego, żeby ustawić tarczę i mieć przyzwoity dystans.
Aj, aż nabrałam ochoty, żeby wziąć łuk w łapki ^^
Ale spokojnie, mam też masę nauki, więc znowu trochę plecki pogarbię. Jeszcze cztery dni, a potem trochę wolnego i odpoczynek.
Aha, czeka też na mnie książka. Podobno absolutnie przerażający thrillero-kryminało-nie-wiem-co-jeszcze-ale-skandynawskie. Będzie dobre :D znowu byłam w klasie jedyną osobą, która przeczytała lekturę - "Lalkę". Wiem, że jest długaśna i to mogło odstraszać, ale była dość lekkim czytadłem, nawet nie napisanym w kosmicznym języku, tylko naprawdę miłym. Ja akurat za czytadełkami o miłości nie przepadam, ale przysiadłam na czterech i przeczytałam. Jeżeli ja się zmusiłam, to dlaczego nie ta masa zdolniejszych ode mnie ludzi w klasie...?
W każdym razie dla introwertycznej i chorobliwie nieśmiałej mnie moment, w którym zirytowana polonistka zapytała "czy ktoś w ogóle to czytał? kto przeczytał lekturę?" a ja jako jedyna podniosłam rękę (no bo naprawdę przeczytałam! nie chciałam dostawać po łbie za to, że nie przeczytałam skoro przeczytałam) był jednym z gorszych w moim życiu. Mało się nie spaliłam ze wstydu, wszyscy się na mnie spojrzeli.


Tagi: nic
25.04.2015 o godz. 14:05
Wymiennicy pojechali, i, szczerze powiedziawszy, chociaż było mi smutno, chociaż polubiłam tych ludzi i w ogóle, to jednak dobrze, że pojechali. Byłam wykończona, nie mogłam już patrzeć na alkohol ani słuchać w kółko tych samych piosenek do których wszyscy tak samo tańczyli (drugi tydzień! a w końcu wybór był ograniczony, bo leciały te piosenki które znała zarówno strona włoska jak i polska). Dzień w dzień impreza. Noc po nocy. Pewnie sprawiałoby mi to niesamowitą frajdę, gdybym sama o tym decydowała, wybierała miejsca, towarzystwo i mogła wyjść w każdej chwili. Wtedy - jak najbardziej. Ponieważ byłam ciągana do paskudnych mordowni wbrew swojej woli, towarzystwo było identyczne każdego dnia a o naszym wyjściu decydował zdecydowanie zbyt imprezowy Włoch - po prostu nie.
Kiedy już pojechali, a ja nagle mam mnóstwo czasu (mogę obejrzeć odcinek serialu, wydepilować nogi i nałożyć olej na włosy, mogę na spokojnie wypić herbaty bez potrzeby tłumaczenia się, wreszcie mogę położyć się na kanapie i pójść spać) czuję się jakaś taka nie do końca żywa. Jak zwykle po zobaczeniu kawałka świata i po zderzeniu kultur mam wrażenie, że jestem maleńką, nieistotną grupką atomów, która i tak niczego nie zmieni. A cały świat ma w dupie to, że przeczytam lekturę albo odrobię matmę.
Ciężko mi to ubrać w słowa, ale jestem jakaś taka zawieszona w przestrzeni, nieambitna, nie mogę się zmusić do sięgnięcia po biologię ani w ogóle nic innego. A mam naprawdę sporo roboty. Czekają na mnie podręczniki i stęsknieni znajomi, i masa rzeczy, które muszę nadrobić. Takich maleńkich rzeczy, które normalnie robię machinalnie, bo mam na nie czas - kupienie sukienki, zmienienie kurtki na płaszcz, znalezienie czegoś ciekawego do przeczytania, napisania kolejnej strony opowiadania, rozpoczęcie kolejnej diety. Nie miałam na to czas przez miesiąc, a uwierzcie mi, że na co dzień też jestem raczej zabiegana.
Ten wpis niczego nie wniesie, bo też brakuje mi nawet przemyśleń.
16.04.2015 o godz. 16:35
Jedne z gorszych świąt w moim życiu. A ja nie lubię świąt. Afera rodzinna (niezwiązana ze mną, na szczęście) zakończyła je wcześniej, niż normalnie. I bardzo dobrze, może poza tym, że teraz czuję się jakoś paskudnie.
Nie mam ochoty na imprezy i przyjazd naszych wymienników. Mam ochotę odsunąć tę środę jak najdalej się da; wolę nawet pójść do szkoły i pobyć sobie przez kilka dni sama, anonimowa, żeby wszyscy się odczepili. Ale nikt się nie chce odczepić. Wszyscy krzyczą, przypominają mi o wpłatach na imprezy, umowach, spotkaniach, urodzinach, alkoholu, zobowiązaniach, nagraniach... Mam ochotę trzasnąć laptopem i sobie pójść, ale muszę to jeszcze dokończyć, całe to umawianie się i ogarnianie.
W ogóle jestem dzisiaj jakaś rozbita.
Czuję też, że powinnam nadrobić biologię. Nie miałam lekcji od wieków, bo ciągle wyjeżdżałam albo byłam chora... Powinnam przerobić dział albo dwa do przodu i zaprezentować nauczycielowi, że mi zależy, i zobacz ile już zrobiłam, ty mnie tylko przepytaj.
Ale strasznie mi się nie chce. Tak samo mam lekturę czekającą na przeczytanie, ale oczywiście seria "Sekrety nieśmiertelnego Nicholasa Flamela" jest bardziej interesująca. Swoją drogą: polecam. Urocza, przyjemna i rozrywkowa; masa magii, sławnych postaci i kultury innych państw, czyli wszystko, co MaRilla lubi najbardziej.
Aha, no i mam bardzo refleksyjny nastrój, bo za dwa miesiące są moje dość ważne urodziny, wszyscy mi o tym przypominają i w ogóle. Jestem trochę przerażona tym wszystkim i widzę, jak zmienia się mój sposób myślenia. Zaczynam się nad sobą znęcać, pilnować się, bo mam nowy argument: "jesteś prawie dorosła", "nie tak powinnaś się zachowywać w twoim wieku", takie rzeczy. To trochę niespodziewane, nie sądziłam, że tak mi to wyjdzie.
Mam jednak kolegę, który te osiemnaście już skończył, i muszę przyznać, że jest zwyczajnie nieznośny. Nie da się z nim porozmawiać, bo wiecznie to wypomina. Wszelakie dyskusje na tle politycznych, lifestyle' owym czy w ogóle jakimkolwiek ucina stwierdzeniem "tylko pełnoletni mogą się wypowiadać", "niech mówią ci, którzy mogą głosować" (co jest co najmniej chamskie, jako że w naszej klasie urodziny miały dopiero ze trzy, cztery osoby); na każde podejmowanie decyzji i zastanawianie się, co na to rodzice/nauczyciele reaguje "ja mam osiemnaście, mam to w dupie i robię co chcę"...
Chyba nie tędy droga, kolego. Chyba nie o to w tym wszystkim chodzi, tak sobie myślę. A teraz już nie myślę więcej, bo pojawiła mi się ta irytująca myśl "A ty kim jesteś?" i jakoś nie mam ochoty tego roztrząsać. Pójdę spróbować poczytać lekturę.


06.04.2015 o godz. 15:52
Wróciłam do rodzinnego kraju i muszę przyznać, że średnio jestem z tego zadowolona :)
Sycylia to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, i będę się trzymać tego stwierdzenia. Jest piękna, specyficzna i zapierająca dech w piersiach na milion różnorodnych sposobów. To troszeczkę nie mój typ miejsca - bo Sycylia jest egzotyczna, ciepła, z radosnymi, głośnymi ludźmi, milionem kolorów, krzyków i śmiechu wiszącego w powietrzu; jednocześnie jest też jednak brudna, zaniedbana i dość biedna. Moim typem jest pewnie coś zimniejszego, elegantszego i bardziej wyniosłego... Ale podobało mi się na Sycylii.
Dowiedziałam się, jak kiepski jest mój włoski. Ma w tym też udział specyfika Włochów. O wiele łatwiej ćwiczy się język z Anglikami, bo Anglik spokojnie poczeka, aż znajdziesz odpowiednie słowo, zastanowisz się nad strukturą gramatyczną, a kiedy popełnisz błąd, poprawi cię w absolutnie sympatyczny sposób. Włoch nie da ci pomyśleć nad słówkiem tylko zarzuci cię propozycjami słowa ("chcesz powiedzieć piękny? zachwycający? cudowny? uroczy? niesamowity?"), a na błąd gramatyczny machnie ręką. No i akcent! Akcent był rzeczą, która mnie zabijała za każdym razem. Po angielsku nie ma problemu z mówieniem bez akcentu (polski akcent jest wyjątkowo subtelny i Anglicy go rozumieją). Po włosku często ludzie nie wiedzieli, co mówię, nie wspominając o śmiesznostkach wynikających z różnych akcentów (przeciągnięcie jednej samogłoski zmienia "truskawkę" w "głupiego"... pani w cukierni miała niezły ubaw ze mnie).
Poznałam trochę fajnych ludzi. Włosi są cholernie towarzyscy, ale starałam się dotrzymać im tempa. Po siedmiodniowym melanżu wszyscy byliśmy półprzytomni...
I schudłam! Włosi jedzą maleńkie śniadania (malutkie ciasteczko umoczone w kawie/herbacie), więc rano chodziłam raczej głodna, a tego chodzenia było mnóstwo. Potem nieduży lunch, jakiś tam obiad w biegu i impreza z tańczeniem. Tak, ja tańczyłam! Też jestem zaskoczona. Z tej całej radości szczuplejszych ud podjęłam wyzwanie biegania codziennie, i już drugi dzień idzie mi super. A teraz wsuwam lody, ale należy mi się, i już.
Mam dobry humor.
Jeśli jeszcze o bardziej osobiste wynurzenia chodzi - staram się nie wyobrażać sobie czegoś, czego nie ma. Jestem w tym mistrzynią.

01.04.2015 o godz. 13:59
W tym tygodniu było szybko, intensywnie i trochę nie po mojej myśli, to znaczy zostałam zaangażowana w szkolną akcję, której miałam nie poświęcić nawet jednej myśli. Okazało się, że wykonałam ogromną pracę organizacyjną (oczywiście niedocenioną, ale ponieważ nie docenili osób, które zrobiły milion razy więcej od innych, to nawet mi powieka nie drgnęła!), zrobiłam sporo rzeczy (między innymi podczas dekorowania znalazłam się o wiele wyżej, niż moja strefa komfortu wynosi... chyba ze 4/5 metrów bez asekuracji. Byłam przeszczęśliwa, kiedy zlazłam na ziemię!) i prawie przykleiłam sobie włosy. Taśmą klejącą. Do szkolnej ściany. Mam fioła na punkcie włosów, ale zaczynam dostrzegać, że długość do talii zmusza mnie do większego kombinowania w wielu sytuacjach.
Potem na przykład ogarniałam właściwie całe jedzenie (miałam armię absolutnie nicnierobiących ludzi do pomocy... byłam po prostu zszokowana, z jaką biegłością nie pomagali ani na jotę, za to plątali się pod nogami. I jak długo umieli pozostać w nicnierobieniu! Mistrzowie!) i rozpuszczenie włosów nie wchodziło w grę. Chyba, że ludzie lubią jeść ciastka z włosami, albo pić colę, w której umoczyłam końcówki, ale myślę, że jednak nie ;)

Włożyłam w tym tygodniu też maksymalną ilość wysiłku w naukę, otrzymałam kilka kwaśnych uwag od ludzi, którzy nie zadają sobie nawet trudu odrobienia pracy domowej... Absolutnie przewidywalne i wręcz śmieszne. Nie lubię nieambitnych ludzi, wspominałam? Na pewno wspominałam.
Na razie nadrabiam sen i obliczam, ile rzeczy mam do zrobienia. Nie jest tego za dużo, a z włoskiego znowu jakimś sposobem mam najfajniejszą część prezentacji i już się cieszę na robienie tego :)

07.03.2015 o godz. 19:28
Stwierdzam, że przede mną kilka fajnych wydarzeń, których nie powinnam spieprzyć :) i które pewnie powinnam przeżyć o wiele bardziej epicko... Ale wyjdzie jak zawsze :D
Ostatnio myślałam, że zawaliłam matmę. Nie tak, że jednorazowo - dostałam 1 ze sprawdzianu, poszłam na poprawę i zaraz po niej, na lekcji, napisałam kartkówkę. Spodziewałam się sto jedenastki, co przy naszej ilości ocen byłoby właściwie nie do poprawienia - w semestrze mamy pewnie z 6 ocen, a ja orłem z matmy nie jestem i raczej nie załapałabym samych dobrych ocen po tych jedynkach.
Ale okazało się, że nie dostałam jedynek, ani nawet dwójek. 3 i 4+. Jestem zaskoczona i nagle spadł mi z barków ogromny ciężar. Nie muszę się martwić, więc szybko skupiłam się na przyjemniejszych częściach życia.

Byłam też ostatnio na dwóch imprezach. Z obu wyszłam wcześniej, niż zamierzałam... Na pierwszej było baardzo spoko, podobało mi się, ale ludzie szybko powychodzili, i nagle zostałam w towarzystwie samych obcych. Pewnie jakoś bym to przeżyła, ale impreza była w piątek, po całym ciężkim tygodniu (a ja w piątki mam lekcje od 8.15 do 16.10 i to jest dla mnie strasznie dużo...) i postanowiłam pójść spać do domu.
Na drugiej czułam się średnio, bo założyłam obcisłą sukienkę, a znałam tam z 5 osób (tak, dla mnie to naprawdę ma związek! oraz sens). Było sztywno, dziwnie, nie wiadomo było co ze sobą zrobić - na parkiecie nie było wielu osób, ale muzyka tak łupała, że z kolei w pokoju obok nie dało się rozmawiać. Część osób upiła się błyskawicznie, i generalnie to oczywiście ich sprawa, ale panowie z jakiejś tam szkoły wojskowocośtam zaczęli się do nas przystawiać i postanowiłam uciec. Akurat miałam dobrą okazję.
Zastanawiam się, czy pójdę kiedyś na imprezę, na której będę się naprawdę - naprawdę dobrze czuła. I właściwie jak miałabym taką urządzić? Nie przepadam za tańczeniem... Chociaż na imprezie pierwszej byłam zaskoczona - pół nocy spędziłam na parkiecie, bo były dwie - trzy osoby niesamowicie roztańczone, radosne i zarażające entuzjazmem. I nie zwracały uwagi na moje kiepskie dreptanie.
Ok, zaczynam wpadać w jakiś potok nudnych bzdur :D nieważne.
Dla podsumowania - jest nieźle. Może jedynym cieniem na całość rzuciła się pewna sprawa, że dziewczyna, której nie cierpię, zdołała podlizać się na tyle nauczycielce, że otrzymała propozycję, o której ja marzyłam. Chodzi o polski, więc w sumie nie przedmiot, z którego mam zamiar wypruć sobie flaki, ale mimo wszystko. Podobała mi się jej praca i nie umiałam się odezwać, że język tej dziewczyny odstręcza mnie na kilometr. Jest przemądrzały, zawiły, archaizowany w jakiś dziwny patetyczny sposób. Nie lubię patosu. Lubię konkrety. Nie powiedziałam nic, bo wszyscy wiedzą, że jestem druga po niej (nienawidzę być druga, nienawidzę nienawidzę) i uznaliby, że to z zazdrości. Oczywiście, że zazdroszczę. W piątek po raz pierwszy nie odrobiłam pracy domowej z polskiego, siedziałam i patrzyłam w kartkę, i obracałam w myślach pochwały polonistki do tamtej dziewczyny. To było prawie w słowo to, co ja chciałabym usłyszeć.

28.02.2015 o godz. 18:43
Podjęłam nowe postanowienia! Przez ten miesiąc, który został mi do wyjazdu, będę się odżywiać idealnie zdrowo, pić dużo wody i ćwiczyć. Złapałam pewnie ze 2 dodatkowe kilogramy ostatnio, i nie czuję się z tym dobrze. Spróbujemy łagodnie trochę zrzucić :)
Dobry Boże, miesiąc do wyjazdu! A ja ledwo dukam po włosku! Nie wiem, kiedy to tak upłynęło, ale zaczynam się denerwować. Nawet na nauczycielkę, która uparcie robi sprawdziany z kulturówki i głupich zaimków. Myślę, że powinniśmy zająć się słownictwem. Ze słówkami jest tak, że nawet jeśli rzucisz kilka luźnych słów (no chociażby "przepraszam... ty... móc... podać... chleb?" - zdanie absolutnie niegramatyczne, wypowiedziane powoli i niepewnie) to jest to zrozumiałe. Jeśli znasz idealną konstrukcję, ale zapomnisz słowa "chleb", no to pozostaje ci tylko paluch do wskazania.
Taka jest moja opinia. Potrzebuję słownictwa. I, jeśli mam być szczera, coraz bardziej się denerwuję. Mogłam wybrać dziewczynę, byłabym mniej skrępowana... Z drugiej strony, te dziewczyny, sądząc po ich profilach na instagramie i facebooku, są jeszcze mniej w moim typie niż chłopaki. W ogóle się boję, niech będzie. Ekstrawertyczka ze mnie żadna, i pewnie w połowie wyjazdu stwierdzę, że chcę się zamknąć w pokoju i w ogóle to fuck them all.
Ale... Tak się cieszę, że zobaczę Włochy! Wprawdzie to nie Rzym (bardzo chcę pojechać do Rzymu... no wiecie... la città eterna!) ale i tak super.
A co poza tym? Przyjaciółka doprowadziła mnie ostatnio do szewskiej pasji. Zapomniałam już, że osoba z problemami psychicznymi... To osoba z problemami psychicznymi i sama tego nie zmienię. Z akceptację tego też u mnie kiepsko, ale wytrzymałam dość długo, zanim nie odpisałam. Może ujmę to tak: gdyby ktoś inny zrobił coś takiego, szykowałabym już wyrafinowaną, okrutną zemstę. Ale nie szykuję. Myślę tylko, że odsunę się od niej na chwilę i ochłonę.


18.02.2015 o godz. 14:19
Rozchorowałam się. Znowu! Co dwa tygodnie jestem chora, aż mam tego dosyć!
Poszłam dzisiaj do szkoły, z bolącym gardłem (nienawidzę bolącego gardła; wszystko jestem w stanie znieść, kaszel, katar, ale nie to cholerne gardło), katarem i potwornym bólem głowy. Przesiedziałam 7 godzin, wróciłam do domu spokojnie sobie umierać. Przyznam się, że jakkolwiek lubię swoją szkołę jako szkołę, dzisiaj zmęczyło mnie zbyt dużo ludzi dookoła, hałas, łażenie między klasami i robienie wszystkiego na rozkaz. Nienawidzę tego.
Za to po raz setny zszokowało mnie niesamowicie pozytywne nastawienie pani w sekretariacie. Wygląda ona jak stereotypowe babsko urzędnicze, ma skrzywione usta, okropną trwałą i ledwo wystaje zza biurka, ale jest przesympatyczna! Rozmawiałam z nią kilka razy, ale dzisiaj wbiłam do sekretariatu okropnie zmęczona, zaspana i zasmarkana, i chciałam po prostu załatwić sprawę.
- Dzień dobry, przepraszam, składałam podanie w tej i tej sprawie, już jakiś czas temu, ale nie mogłam odebrać bo byłam na wyjeździe, strasznie przepraszam. Pewnie gdzieś tutaj pani zalega.
- Zalega? Oj, proszę pani, na pewno już w niszczarce jest!
Zajęło mi to dobre kilkanaście sekund, zanim załapałam, że to był żart (oto przykład funkcjonowania mojego mózgu o poranku). Oczywiście sekretarka tylko się roześmiała i 3 sekundy później trzymałam w łapce niezbędny dokument. To tak w ramach dowodu, że są ludzie, którzy potrafią wykonywać swoją pracę nawet wtedy, kiedy natykają się na zmęczone, rozzłoszczone i głodne nastolatki.
Godne podziwu, zaiste!
Najchętniej poszłabym spać, ale wtedy za szybko byłoby już jutro. Poobijam się jeszcze ciut po domu, wypiję dalsze hektolitry herbaty... Życzcie mi zdrowia.

P.S. Zapomniałam! Jeśli chodzi o odpytywanie, dostałam zamiast niego zestaw zadań, na widok których wypadły mi oczy, odbiły się od biurka, wróciły do czaszki i zastukotały radośnie w jej pustce. Wstydziłam się oddać nauczycielowi te kartki, na których rozpaczliwie usiłowałam coś napisać. Miałam wiedzę, ale zadania maturalne zwyczajnie mnie zszokowały. Cholera jasna. Myślę, że będę Wam za tydzień szlochać nad wynikiem, jaki otrzymałam...
02.02.2015 o godz. 19:27
Masa wolnego, masa wyjazdów, masa "ważnych-spraw-do-załatwienia-na-wczoraj!" i koniec semestru. A potem wolne, w którym dostałam kompletnego spadku ambicji (co jakiś czas tak mam). Ale w końcu się zabrałam za siebie, poprzeglądałam trochę stron zagranicznych uniwersytetów, i określiłam sobie jasne cele. Wiem, jaki egzamin muszę zdać i na ile, wiem, do kiedy muszę podjąć decyzję, wiem, jakie mniej więcej muszę mieć wyniki. Z wybraniem 2-3 konkretnych uniwersytetów mam trochę problem, ale nad tym jeszcze popracuję.
W każdym razie, wystarczająco się już wyleniłam. Czas trochę się zabrać za robotę od tego semestru. Dla siebie. Bo mnie to bawi.
Spotkałam się wczoraj z osobą, z którą zawsze miałam dobre stosunki, ale nigdy szczególne. Wczoraj świetnie nam się razem rozmawiało, aż byłam zdziwiona. Po raz kolejny.
Poprawiłam też trochę (odpukać) stosunki z rodziną, o. I dobrze :D
A teraz idę się pouczyć przed treningiem. No, chociaż raz przeczytać to, z czego będę odpytywana.



P.S. Polecacie założenie Instagrama, czy to będzie kolejny portal społecznościowy, którym się znudzę i usunę konto po miesiącu?
29.01.2015 o godz. 16:10
Mam trochę roboty, a i długi weekend upłynął mi głównie na nauce i korepetycjach. Ale staram się w tym odnajdywać jakąś radość :) na jutro mam ambitny plan naprawdę wkuć historię (dopóki są jakieś ludzkie tematy...) i włoski.
Strasznie fajnie mi się uczy biologii. Priony to ścierwo, wyszukuję w necie kolejne choroby i czytam wielkimi oczyskami. Potworne, ale i tak czytam dalej :)
Napisałabym więcej, ale biegnę przygotować sobie jakieś notatki z włoskiego. Trzymajcie się cieplutko, nie dajcie się szarej chandrze i spróbujcie znaleźć fun w tym, co robicie - taki Wam banał strzelę, a co!
03.11.2014 o godz. 21:29
Ostatnio usłyszałam od koleżanki: "Bo ty to taka mądra jesteś, że trzeba się nie poddawać i w ogóle, a sama nie masz problemów! Nic nie rozumiesz!". Ha, ha, ha.
Jasne, że nie mam poważnych problemów. Mam pełną rodzinę, stabilną sytuację finansową, nie jestem chora, nikt mnie nie bije, nie głodzi, nie gwałci, nie zabrania mi za wiele. Jasne, że mam masę problemów typowych dla mojego wieku - chyba jak każdy. Tylko że postanowiłam nie brać ich na poważne i to jest różnica.
Bo nie zrozumcie mnie źle. Jeśli ktoś ma naprawdę problem, to ja to jak najbardziej rozumiem i współczuję (chociaż dalej zagrzewam do walki, bo uważam, że zawsze warto o siebie walczyć, a nie robić za męczennika). Ale jeśli słyszę, że problemem jest wredna nauczycielka od polskiego albo chłopak, który woli spędzać czas z kolegami, no to błagam... Jasne, że pogadam i spróbuję rozwiązać kłopot, ale to nie jest katastrofa na skalę światową!
Pod moim poprzednim postem Blondie zamieściła komentarz o takim podejściu "mam 16 lat i wiem wszystko o życiu". 16stu lat nie mam, ale tak mnie tknęło, że mogę brzmieć troszeczkę podobnie, jak taka pierwsza mądrala. No więc nic bardziej mylnego! Nic nie wiem o życiu. Jestem szczeniarą z liceum, nie przeżyłam prawdziwej straty, nie wzięłam ślubu, nie miałam dzieci, nie wpadłam w prawdziwe problemy. Nie wymądrzam się. Próbuję tylko budować samą siebie i nie chcę być smutnym, narzekającym męczennikiem.
Ostatnio moja przyjaciółka z kolei stwierdziła, że kiedy jestem kimś zauroczona (nie nazywam tego stanu zakochaniem, bo nie mogę tak zrobić, jeśli nie jestem w naprawdę bliskich relacjach z tą osobą... dopóki tylko mi się on podoba i nie znam go dobrze, jest to zauroczenie i nic więcej), zaczynam pracować na 200%. Oczywiście kiedy tylko to usłyszałam, zaczęłam się przyłapywać na takich sytuacjach (myślenie w stylu ("Muszę się nauczyć tego dobrze, bo on nie chciałby głupiej dziewczyny. W ogóle nikt by nie chciał.", "Nie mogę załapać pały, bo głupio by mi było jemu o tym opowiedzieć.", "Powinnam iść na trening, bo zadbane dziewczyny mają jakiekolwiek szanse"). I tak sobie pomyślałam, że do pewnego (obsesyjnego) stopnia to dość zdrowe. To takie samodoskonalenie się z doskonałą motywacją. Szczególnie kiedy z tym kimś nie można być - bo taką sytuację już kilka razy miałam. Przyjaciółka zresztą mówiła o tym w swoim kontekście, bo znajduje się teraz w takiej sytuacji.
A Wy jak myślicie?
30.10.2014 o godz. 14:01
Dzisiaj będzie konkretnie, obiecuję :) Zepnę się, napiszę coś bezczelnego i dopiero potem ponarzekam!
Wiecie, czego nienawidzę z całego serducha? Nie cierpię tej mody na robienie z siebie męczenników. Widuję w sieci miliony blogów smutnych nastolatek które w każdym poście piszą jak bardzo ich psychika jest strzaskana, jak jest im źle, jak nie chcą żyć... I, pomijając sytuacje patologiczne (kiedy faktycznie są problemy w rodzinie, miały miejsce naprawdę rzadkie wydarzenia) te trzynastolatki zwykle za "strzaskanie swojej psychiki i zniszczenie ich serca" oskarżają zwykle jakiś epizod z biednym rówieśnikiem płci męskiej, który nawet ich pewnie nie zauważył.
Przy okazji - nic nie mam do trzynastolatek. To po prostu nie jest wiek w którym ma się strzaskaną psychikę. To wiek, w którym uważa się, że się ma (w 99,9% przypadków).
Zapewne zostanę wreszcie zjechana wzdłuż i wszerz, jak mogę być tak nieczuła. Mogę. Bo mam dosyć czytania blogów na których autorki umierają bez najmniejszego powodu, przeżywają potworne niespełnione miłości i są niezrozumiane przez świat - a grono komentujących je pociesza i uspokaja i uwielbia. Przepraszam, co jest chwalebnego w tym, że komuś w byle sytuacji siada psychika? Bo dla mnie, w przeciwieństwie do tych komentujących, nie jest to warte podziwu. Ja podziwiam osoby silne, z twardą dupą, takie, które żyją i potrafią docenić tego wartość. Takie, które nie szlochają że ten-jedyny-chłopak spojrzał na nie o 2 sekundy za krótko, że pokłóciły się z matką o ręcznik na podłodze w łazience i dla których końcem świata i bycie niezrozumianym jest zakaz noszenia za krótkich spódnic.
Tego nie zrozumiem. Ale jednocześnie muszę powiedzieć, że mam takie dwie znajome, które minimalnie chłodniejsza odpowiedź doprowadza do długotrwałej depresji (która naprawdę depresją nie jest, bo depresja to choroba, którą diagnozuje psycholog, ale któż by się tym przejmował? Depresja brzmi tak poważnie i głęboko!). Dla mnie to żałosne. Wiecie dlaczego? Bo są ludzie, którzy mają prawdziwe problemy: rozbite rodziny, brak kasy, przemoc... A żeby sięgnąć dalej: brak jedzenia, brak domu, gwałty, wykorzystania, zmarnowane lata.
Więc bardzo mi przykro, mała dziewczynko w depresji, której nie zaprosił na dyskotekę Karol z 6c - nie wzbudzasz we mnie współczucia.



I odeszła ochota na narzekanie :) moje panie, bądźcie silne i nie załamujcie się po byle Jasiu z 2d czy innym pierwszym lepszym. Bo tak.
26.10.2014 o godz. 17:49
To był bardzo mieszany tydzień. Miałam dni, w których leżałam i nic nie robiłam (bo i nie musiałam), a podczas innych nie wiedziałam w co najpierw ręce włożyć. Naprawdę! Okazało się, że polski poszedł mi wyśmienicie, matma też jakoś tam, łacina bardzo dobrze, ale włoskiemu nie przewiduję dobrej oceny - ból głowy kompletnie mnie pozbawił umiejętności jakiegokolwiek myślenia. Będzie wstyd, będzie zawód nauczycielki ("Perche? Cosa succede?" - "Dlaczego? Co się stało?" z tą jej wystraszoną, zatroskaną miną... Cholera jasna!), będzie żal.
W środę dostałam wiadomość tak złą, że zaparło mi dech i przez dwa dni chodziłam jak zombie. Dotyczyło to osoby, która była mi bardzo bliska, a obecnie jest absolutnie obca (nie, akurat nie Były), a trzepnęło mną naprawdę mocno. Dzisiaj popołudniu moja przyjaciółka znowu czekała na mnie w przedsionku szkoły i na powitanie wykrzyczała mi, że okazało się, że wyniki badań były nieprawidłowe. Zła wiadomość nie była prawdą.
I wiadomo, że to głupie, ale nagle poczułam się... Lekka. Ja nie lubię już tej osoby od tej złej wiadomości, nie mam sił z nią przebywać ani z nią rozmawiać ani nic... Ale kiedy dowiedziałam się, że to nieprawda, aż mi się zakręciło w głowie, musiałam się nachylić (włosy mnie zasłoniły, ha! po to się je zapuszcza!) i głęboko pooddychać. Przyjaciółka tylko się śmiała, ale też była wzruszona. A ja - zmarznięta, wykończona po dziewięciu godzinach w szkole (z czego trzy wzięłam na siebie dobrowolnie!) byłam nagle szczęśliwa. Dziękuję.
Potem poszłyśmy na ogromną kawę i pyszne kanapki. Dużo się śmiałyśmy. Przyjaciółka jest jedyną osobą, która zna na wylot moje rozterki (pamiętacie? Te o których mówiłam, że lubię się łudzić i tak dalej...), zabroniłam jej mówić nawet jej najbliższym. I to jest odprężające. Cudowne. Nic nie muszę robić, nic udawać, nie gram, że jestem szczęśliwa, kiedy nie jestem. Wiem, że to głupie, ale bardzo to doceniam.
Jutro mam biologię. Skończyłam ostatnio pierwszy dział i jestem z siebie dumna (mój korepetytor pewnie nie... ale trudno). I udało mi się wreszcie odpowiedzieć na pytanie w sposób, do którego on nie mógł się kompletnie przyczepić (uwierzcie mi, to nie jest łatwe!). Oczywiście kilka innych pytań położyłam, ale zdecydowałam, że daję sobie czas. Przynajmniej coś sobie tam robię, nie to, co ludzie z mojej klasy - i tego się trzymam ze wszystkich sił. Zresztą, mój nauczyciel jest niesamowicie kompetentny (z wykształcenia wprawdzie nie jest pedagogiem, ale według mnie spokojnie nadawałby się do tej roli) i pokrzepia mnie jego drobiazgowość. Może zdam tę maturkę wystarczająco dobrze! :)
Prześladuje mnie ostatnio pomysł na wyjazd za granicę na studia. Tylko jeszcze nie wiem, skąd wezmę na to fundusze... No dobra, wszystkie szczegóły techniczne są nieopracowane xD ale wiem, że to by mi bardzo dużo dało! I wiem, że jest jedna rzecz, która mogłaby mnie zatrzymać. Tak najgłupiej w świecie: uczucia. Słyszałam historię o znajomym znajomego który miał znajomego... i tak dalej... w każdym razie chłopak wybierał się na zagraniczną, bardzo prestiżową, amerykańską uczelnię. Nie był genialny, ale za to nieprawdopodobnie pracowity - od gimnazjum ciężko harował na odpowiednie liceum, brał masę lekcji angielskiego, przemyślał profil klasy... Oczywiście dostał się gdzie chciał do liceum. Odkładał pieniądze na mieszkanie w Stanach, uczył się jak szalony, przeglądał nawet zagadnienia już z programu wybranych studiów. Był bardzo ambitny i nawet ja (spotkałam go przelotem) to zauważyłam.
A potem pojawiła się Ona. Ani ładna, ani zgrabna, trochę sympatyczna, ale bez przesady. Niska, z kilkoma kilogramami nadwagi i z nieposłusznymi włosami. Humanistka.
I wiecie co? Chłopak od dwóch lat studiuje wciąż w rodzinnym mieście i kraju. Parą są od trzech lat. Nazwy tamtej amerykańskiej uczelni nie słyszałam już z jego ust ani razu. Nazwę Uniwersytetu Warszawskiego - owszem.
Bardzo mnie rozbawiła ta historia, ale ten post jest już zdecydowanie za długi. Miłego wieczoru! :)

24.10.2014 o godz. 20:35
Uśmiechałam się dzisiaj tyle, że wmówiłam sobie, że jestem przeszczęśliwa i radosna. Ludzie z klasy chyba mają mnie za niezbyt rozgarniętego promyczka, który zawsze się uśmiecha, pomaga i ratuje w najtrudniejszych momentach sprawdzianu. Wysłałam smutnego smsa do przyjaciółki, a ona odpisała krótko: "o której kończysz? będę pod Twoją szkołą". Nie mogła odpisać nic lepszego; przyjechała i poszłyśmy na pyszną kawę, podczas której kompletnie nie umiałam się otworzyć i non stop bawiłam się w wesołą istotkę. Ale w sumie wreszcie po wpływem przyjaciółki powiedziałam, co mnie dręczy. Zareagowała po swojemu, w ten szalony, bardzo osobisty sposób, ale jej lojalność doprowadziła mnie prawie do łez. Ona nie jest idealna, ale tak bardzo dziękuję, że jest! Po kawie, wygadaniu się i pośmianiu miałyśmy za dużo energii, więc ruszyłyśmy na spacer po okolicy blisko mojej szkoły. Kompletnie niechcący znalazłam miejsce, którego chciałam poszukać (nawet się jeszcze nie wzięłam za poszukiwania, a już wiem, gdzie jest!) i które sprzyja moim mrzonkom.
Jestem szalona.
Ale nie tylko przyjaciółka zasłużyła dzisiaj na moją wdzięczność. Również dwie koleżanki (te, z którymi byłam w pokoju na wyjeździe - znamienne, hm?), z którymi podczas okienka się przespacerowałam i też wypiłam kawę (tak. wydaję majątek na kupną kawę. wiem.). I to było takie miłe, że mogłam z nimi być, bo wiem, że w przeciwnym razie kupiłabym kawę i zaczęłabym się snuć po okolicy bez celu i sensu, marznąc i wgapiając się w szare uliczki.
No więc ci ludzie, na których tak narzekam, przereklamowani, głupi ludzie, poprawili mi dzisiaj humor. O! Tyle Wam powiem. Mam ochotę znowu uciec do przyjaciółki i jeszcze trochę czasu z nią spędzić, a to nie zdarza mi się często. Dziękuję.



17.10.2014 o godz. 21:04
Strasznie lubię się karmić złudzeniami, to jest moje ulubione zajęcie. I nie tylko snuję takie wyrwane z kontekstu marzenia, ale dorabiam im logiczne wytłumaczenie, umiejscawiam je w rzeczywistości i pilnuję realizmu. Naprawdę! Jestem w tym bardzo dobra, tylko w normalnym życiu nawalam :)
Kontuzja po treningu mnie po prostu rozwaliła. Beznadziejnie, ale humor mnie jakoś nie opuszcza. Tylko jestem trochę zmęczona i chyba mam dosyć ludzi. Poza tym jest naprawdę dobrze.
A czego bym chciała? Wiem, że to głupie i szczeniackie, ale chciałabym mieć miejsce do ucieczki. Mój pokój jest fajną tego namiastką, ale niedostatecznie odizolowaną. Rozumiecie, chcę miejsca, w którym mogłabym się zwinąć w kłębek daleko od innych, napić się piwa albo i nie (obie te opcje bez bycia ocenianą!), posłuchać muzyki, rozpłakać się (i nie musieć potem tłumaczyć dlaczego mam czerwone oczy). Obawiam się, że jestem jakimś typem nieuleczalnego samotnika. Ciekawe, czy dam radę kiedyś z kimś mieszkać z własnego wyboru. Jestem tak cholernie oddzielna, że wątpię.
I jeszcze bym chciała, żeby ludzie przestali mi dawać dobre rady. "Biologię robisz dodatkowo? Po co? Idź w języki, teraz nie ma większego pewniaka.". "Ten kierunek studiów? Ojej, tak, jak twoja ZnienawidzonaKuzynkaNumer1? No, to widzę że oryginalnie...", "Języki? Zwariowałaś? Wylądujesz w jakiejś szkole, ucząc bandę rozwrzeszczanych dzieci, tego chcesz?". Nie, tego nie chcę ze wszystkich sił. I przemyślę to sobie s a m a.
I jeszcze czasami dopada mnie taka świadomość, że takich MaRilli jak ja są miliony. Że każda ma identyczne obawy i przemyślenia, że setki marzą o tym, o czym ja, że dziesiątkom podoba się ten sam facet, co mi. Że każda sobie wyobraża nie wiadomo co, a potem kończy z pierwszym lepszym facetem (bo ją chciał), pracą, do której wychodzi z grymasem obrzydzenia na twarzy i przeglądaniem kolorowych pisemek zamiast marzeń.
Znowu Wam taki niekonkretny post daję, aż mi głupio ;)



16.10.2014 o godz. 15:41
MaRilla
marilla
O mnie: Szepczę, kiedy chcę krzyczeć.
statystyki